„Korona Królów” to historyczna telenowela, która mocno podzieliła widzów. Jedni jej nienawidzą i drwią ze scenariusza, reżyserii i zdjęć, a inni wręcz przeciwnie. Jeśli jesteś ciekawa, dlaczego warto dać szansę Koronie Królów, koniecznie zapoznaj się z tą opinią. Zapraszam!

Należę to tego grona serialowych maniaków, w którym absolutnie nie ocenia się filmu i serialu po wcześniej przeczytanych opiniach. Dlatego widząc niepochlebne recenzje Korony, wcale nie zrezygnowałam z oglądania. Ba, nadal z niecierpliwością wyczekuję na każdy kolejny odcinek. Dla mnie zdjęcia, stroje czy nawet wnętrza, w których rozgrywa się akcja, mają drugorzędne znaczenie. Bardziej zwracam uwagę na to, że mogę się czegoś dowiedzieć i nauczyć. Poznać stare obyczaje, etykietę dworską czy historię. Jednak wiem, że dla niektórych serial to rozrywka i wcześniej wspominane elementy, będą na pierwszym miejscu. Dlatego takim widzom, Korona Królów ma prawo się nie podobać.

Korona Królów – opinie

Pierwsze odcinki Korony Królów pokazują panowanie Władysława Łokietka i ślub jego następcy, Kazimierza Wielkiego z Aldoną Anną Giedyminówną, córką Wielkiego Księcia pogańskiej Litwy, Giedymina. Rodzą się dzieci, umiera stary król, zaczyna się walka o tron i przede wszystkim, ogromna presja wywierana na Aldonie Annie, by ta w końcu urodziła syna. Serial to nie tylko same fakty historyczne, ale i kilka wymyślonych wątków pobocznych, które sprawiają, że nie wieje nudą i dzieje się wiele. Pierwszy sezon był – moim zdaniem – najlepszy. Najwięcej wydarzeń miało wtedy miejsce i do tego nowe postacie (postaci, to stare określenie), które świetnie odnajdują się w swoich rolach, podsycają akcję każdego odcinka.

Drugi sezon to już totalna nuda, brak akcji i do tego ta nieszczęsna druga żona Kazika, czyli Adelajda Heska. Uboga księżniczka z Hesji, która próbuje za wszelką cenę rozkochać w sobie naszego władcę, ale bez skutku. Ten jedynie związał się z nią nie z miłości, ale z potrzeby spłodzenia męskiego potomka, który po śmierci Kazimierza obejmie tron. Dopiero druga połowa sezonu ciekawi od nowa. Wartka akcja, przyspieszenie tempa i barwne postacie.

Korona Królów – śmichy chichy

Zejdę już z tego oficjalnego tonu, bo trochę zesztywniałam. To podsumowanie powie samo za siebie. Korona Królów to pomieszanie historii z romansem, dramatem i teatrem. Dosłownie. Fakt, stroje mogliby mieć lepsze, a komnaty w studiu dałoby radę zamienić na wnętrze prawdziwego zamku. Chociażby tego w Bobolicach, który tak namiętnie pokazują w czasie przerywników.

Część widzów się oburza, że dlaczego Bobolice, a nie ten prawdziwy Wawel? I dlaczego Kazik umie czytać, skoro był niepiśmienny? I skąd w ogóle te teksty starodawne, które sprawiają, że ma się ochotę na śmichy i chichy po kątach? Już tłumaczę.

Po pierwsze, nie wiemy jak Wawel wyglądał w czasach Kazimierza i Władysława. Biorąc pod uwagę fakt, że ojciec naszego Kazika odzyskał koronę po rozbiciu dzielnicowym, można przyjąć, że zamek w Krakowie wielkością i wzniosłością nie odbiegał od tego w Bobolicach. Po drugie, pisanie i czytanie w średniowieczu to dwie różne umiejętności. Nie łączono tego. Po trzecie, dawna gwara tak właśnie brzmiała. Poczytajcie w necie. Zobaczcie wpisy kronikarzy i język, jakim się posługiwali.

Korona Królów – stroje, plastikowa korona i studio ze styropianu

Powiem tak, jaki kraj, taki serial. Nie ma co się łudzić, że niskobudżetowe seriale będą na poziomie Gry o tron lub Wikingów. Nie ma kasy, nie ma efektów wow i nietuzinkowych strojów i scenerii. Jeśli kogoś to razi, to niech nie ogląda. Jednak mimo wszystko, warto dać szansę Koronie Królów choćby po to, by bez wysiłku intelektualnego poszerzyć swoją wiedzę historyczną i zobaczyć, jak dawniej żyli ludzie.

PS Jeśli lubisz historię i stare czasy, to już niedługo na blogu będziesz mogła poczytać o nich we wpisach historycznych :).